woock (pl. łuk)
Chadzałem sobie jak gdyby nigdy nic zamyślony po parku, gdy nagle z pobliskiej ławki doszedł mnie szyderczy, niemelodyjny śmiech z dziesięciu przesiąkniętych wódą i fajkami gardeł "twoja stara ~~ daje dupy ~~ !"
"Nigdy" pomyślałem "Nie pozwolę by dyszka dresów nabijała się z moich bliskich!"
Zakasałem rękawy, wprawiłem w ruch moje zajebiste tenisówki i ruchem jednostajnie przyspieszonym zacząłem się zbliżać do imbecyli.
"Pif-paf! chlup! plask! ałł! bum! tszy! ała! sorry! już nie będę nikogo przezywał!".
Ławka, puste butelki, niedopalone cygara i paski na spodniach pokryły się krwią. Żaden z kibiców ni drgnął. Wszystko JA. SAM. Dzięki sprytowi, przebiegłości, tężyźnie, urokowi, sprytowi, długo by wymieniać...
Po stronie 'dobrych' także nie obyło się bez ofiar. Ta sprzeczka wyryła trwały znak na moim fizycznym wizerunku - łuk brwiowy zabarwił się na fioletowo i czasem z niego kapało.
Nie wiem czemu, nie jestem Freudem, ale to limo sprawia mi przyjemność.
Tak naprawdę zaatakowała mnie szafka w kuchni. No ale tego pewnie się domyśliliście.
